Noworoczna przygoda

Życie w zakonie choć do najlżejszych nie należy, przekształca się z biegiem czasu w monotonny rytuał. Ów rytuał jest bardzo pozytywnym czynnikiem na ścieżce Dharmy. Pozwala się wyłączyć, zresetować i odkryć prawdziwe wartości. Wpada się jednak także tutaj w strefę komfortu, z której ciężko wyjść.

 

 

 

 Więcej informacji:  Najnowsze newsy

Klasztor daje poczucie bezpieczeństwa i beztroski. Codziennie rano jest śniadanie. Mam dach nad głową i dostęp do toalety. Korzystam także z prądu i Internetu bezprzewodowego. Mam wszystko, czego potrzebuję.

Te warunki są stworzone w dużej mierze przez ludzi z zewnątrz, przez osoby świeckie, które zakon finansują. Moim rewanżem ma być mój rozwój osobisty i osiągnięcie oświecenia. Finansujący mnie ludzie nie oczekują niczego w zamian. Ich gratyfikacją jest osiągnięcie przeze mnie szczęścia.

Sylwester każdego roku nieodłącznie wiąże się z refleksją. Co ja tutaj robię, co chcę osiągnąć, jaki jest mój cel? Te pytania nurtują na skraju roku coraz bardziej. Podczas gdy inni ustalają sobie listę noworocznych celów, ja się zastanawiam, czy ścieżka, którą podążam jest właściwa.

Kim jestem? Dlaczego jestem? - nieodpowiedziane pytania się w głowie kołacą.

Już wcześniej myślałem o zrobieniu sobie odpoczynku, klasztornego urlopu. Po cichu planowałem udać się do stolicy sąsiedniej prowincji, Lopbury. Plan był prosty. Nakarmić małpę w Małpiej Świątyni i wrócić do zakonu. 60 kilometrów pieszej medytacji.

31-go grudnia po śniadaniu stwierdziłem, że czas nadszedł. Ubrałem buty, do pasa przypiąłem nóż, włożyłem w kieszeń naładowany smartphone, a na ramieniu powiesiłem pustą szmacianą torbę. Opuszczając klasztor powiedziałem do siebie: Nie wiem kiedy wrócę. Dam się ponieść fali.

Strój mnicha składa się z dwóch zestawów ubrań, które nosimy ciągle na sobie. Dzięki temu nocując gdzieś pod gołym niebem, mogę się dodatkowym zestawem przykryć. Sandały włożone w torbę mogą posłużyć za wygodną poduszkę. Mam ze sobą więc wszystko, czego potrzebuję. Mogę tak wędrować latami.

Nie spiesząc się wyruszyłem w kierunku Lopburi, oddalonej o około 30 km stolicy sąsiedniej prowincji. Założyłem sobie tempo 5km na godzinę, więc dotarcie do celu miało nastąpić około 14:00. W czasie drogi jednak nie trzymałem tempa, robiąc dość często przystanki. Chciałem się napawać spacerem bardziej, niż dotrzeć do celu.

Kilkukrotnie zatrzymujące się auta oferowały mi podwózkę. Grzecznie za każdym razem odmawiałem. Okazało się, że nauka tajskiego nie idzie w las. Powoli zaczynam rozumieć, co do mnie mówią i odpowiadam łamanym tajskim, w sposób dla innych zrozumiały.

Zaskoczenie czekało na mnie już w samym Lopbury, zaledwie 3,5 km przed Małpią Świątynią.

Gdy zamierzałem przejść przez skrzyżowanie, drogę zajechał mi biały van. Za kierownicą siedziała około 50 letnia kobieta, pasażerem był dwudziestokilkuletni chłopak.

Zapytali się dokąd zmierzam. Odparłem, że do świątyni Phrakan. Na zaproponowaną podwózkę grzecznie odmówiłem. Następnie kobieta zaproponowała mi wodę do picia, wskazując tył auta.

Mnichom w Tajlandii woda do picia jest proponowana bardzo często. Najczęściej gdy próbuję kupić butelkę wody w jakimś małym sklepiku, sprzedawca odmawia przyjęcia zapłaty za nią. Bardzo często idąc drogą podchodzą do mnie ludzie, podając wodę, lub soki. Prowadzimy dość purytański styl życia. Wędrujemy pomiędzy świątyniami w pełnym rynsztunku, na który składają się dwa komplety obrań. Ma to swoje plusy podczas okresu chłodniejszego, jest jednak sporym obciążeniem w czasie upału. Łysa głowa nie jest też najlepszym radiatorem ciepła.

Pogoda w dzień Sylwestra 2017 roku była bezchmurna i upalna, z temperaturą przekraczającą 32 stopnie Celsjusza. Pragnienie było więc nieodłącznym uczuciem wędrówki.

Van był luksusową limuzyną, wszedłem do niego rozglądając się za butelkami z wodą. Zanim jakąś dostrzegłem, drzwi się elektrycznie zamknęły, a samochód ruszył.

Witaj przygodo! - uśmiechnąłem się pod nosem.

Samochód zawrócił i pojechał w kierunku, z którego przyszedłem. No cóż, pomyślałem sobie, będzie dalej niż zakładałem. Nie zajechał jednak daleko, po czym znów zawrócił i zatrzymał się przed sklepem, który kilka minut wcześniej mijałem piechotą. Drzwi się otworzyły i niczym po czerwonym dywanie zostałem wprowadzony do pomieszczenia.

Tajlandia zaskakuje mnie na każdym kroku. Gdy niespodziankami jestem zmęczony, zamykam się ponownie w klasztorze, nie wyściubiając nosa. Dzisiaj jednak byłem całkowicie otwarty na przygodę. Niech się dzieje co się dziać ma.

Właścicielka biznesu klęcząc przede mną się głęboko kłaniała. Posadzono mnie na sofie i szklany stolik zastawiono napojami. Wśród klęczących przede mną osób była także mama właścicielki. Kilkunastoletnia córka, która operowała podstawowym angielskim, podjęła się tłumaczenia na język tajski. Starsza pani mówiąc do mnie płakała, łzy lały się strumieniami. Dziewczynka powiedziała, że kobieta ujrzała we mnie wcielenie Buddy. Posypały się komplementy w moją stronę. Zapytany zostałem od jak dawna jestem mnichem i jak długo nim zamierzam pozostać. Odparłem, że nie zamierzam z bycia mnichem rezygnować.

Rozmowa potoczyła się na znanych kobiecie nauczycieli. Pytała się o ich nauki. Odparłem, że żadnych z nich nie znam. Znam nauczycieli z mojego zakonu, ale nie kieruję się ich naukami. W każdym razie niezupełnie.

Opowiedziano mi o nauczycielu, który w ekspresowym tempie doprowadza do głębokiej medytacji, powodującej efekt zrozumienia. Kobieta przyniosła i wręczyła mi dwie płyty audio z nagranymi naukami. Zapytany zostałem, czy chciałbym go poznać osobiście. Pytanie! Kiedy? Nawet teraz! Kobieta wykonała jeden telefon. Okazało się że Ajahn dzisiejszego wieczora prowadzi sesje w sąsiedniej prowincji. Zawiozą mnie tam i nauczycielowi przedstawią. Oferty nie odrzuciłem. Umówiliśmy się, że o 18:00 wrócę do sklepu i pojedziemy do Ajahna.

 

Miejsca związane z prehistorią odwiedzam wyjątkowo chętnie. Mam trudne do określenia uczucie, że żyłem już wcześniej, a wiele z obiektów zostało wybudowanych właśnie przeze mnie. Ostatnie lata spędziłem w podróży wchodząc do Wielkiej Piramidy, do megalitycznych świątyń na Malcie, obmacując kamienie Stonehenge. Ze wszystkich sił staram się przywołać jakieś wspomnienia, bądź emocje, jednak bezskutecznie. Także tym razem nie udało się niczego osiągnąć. Kamienne relikty imperium Khmerów pozostały nieczułe na próbę mentalnego połączenia się z nimi.

 

Regułą naszego zakonu jest nieużywanie żadnych środków transportu. Wyjątkiem są podróże niezamierzone, bądź konieczne. Reguła jest by nas chronić i kształtować, a nie karać. Gdy samochód ze mną w środku ruszył, uśmiechnąłem się. Reguła nie została złamana. W drodze powrotnej do sklepu zastanawiałem się jednak, czy powinienem zgodzić się na kilkugodzinną podróż autem. Właścicielce wcześniej wytłumaczyłem, że nie powinienem zgodnie z regułą korzystać z samochodu. Gdybym jednak nie wsiadł do pojazdu, wyrządziłbym jej krzywdę. Przeze mnie mogłaby się poczuć nieszczęśliwa. Hmmm... Zwyciężyła w tym dniu myśl, by poddać się fali i płynąć z prądem. Cokolwiek się wydarzy, niech się wydarza!

Do centrum medytacyjnego dotarliśmy późnym wieczorem. Na kanapie siedział mistrz. Przed nim na matach kilkadziesiąt osób świeckich czekało na swoją kolej.

Zostałem gościem honorowym spotkania. Dano mi krzesło, bym siedział wyżej od osób świeckich, tuż przy nauczycielu. Dostałem mikrofon i jedna z osób świeckich zgodziła się tłumaczyć z angielskiego. Oczywiście moja sesja odbyła się poza kolejnością.

Sesja była ciekawa. Ajahn instruował osobę, by weszła w stan medytacyjny spokojnego umysłu, po czym skanował go własnym. Na podstawie zajrzenia w umysł medytującego określał sposób radzenia sobie z problemami, doradzał rozwiązania, instruował techniki medytacyjne.

Moja prośba do Ajahna dotyczyła pomocy w uświadomieniu sobie kim jestem, dlaczego jestem i dokąd zmierzam.

Rady, których mi udzielił nie do końca współgrały z moimi oczekiwaniami. Jedna z nich dotyczyła zadania w przyszłości. Mam udać się do Polski i nauczać ludzi spokojnego umysłu i pokazywać wolność. Dopiero wypowiedzenie przez Ajahna tych słów uświadomiło mi ich trudność.

Opuścić ciepłą Tajlandię i wygodne zakonne życie? Narzucać się komuś z moimi mądrościami? Przecież ja nie lubię nauczać! Raz w życiu udzieliłem korepetycji z niemieckiego. Po zajęciach powiedziałem rodzicom, że ani nie chcę pieniędzy, ani cymbała więcej uczyć. Jeśli prowadzimy obecnie lekcje, to odbywają się na zasadzie wzajemnej wymiany informacji. Nikt nauczycielem nie jest, a jednocześnie jest nim mimowolnie każdy.

Po sesji skorzystałem z pomocy tłumaczki, by dowiedzieć się czegoś więcej o kobiecie, która mnie tu przywiozła. Jest medium. Kontaktuje się z duchami. Wywnioskowałem, że cała jej wielopokoleniowa rodzina posiada nadprzyrodzone zdolności. Zarzekała się, że wykorzystuje magię wyłącznie do dobrych celów, pomagając ludziom.

Zapewne tak też jest, jednak z Pańskiego stołu okruchy obficie się sypią. Na warunki tajskie kobieta jest obrzydliwie bogata. Samochód, którym mnie wieziono, był nowoczesną, pełną elektroniki limuzyną. Natomiast przykuł moją uwagę zapach perfum, które były zapewne jej dziełem. Bardzo przyjemny i delikatny aromat. Odmienny od innych. Nie było w nim ani nuty ekstrawagancji, która jest domeną właścicielki. Bardzo trudno opisywać zapachy, ten był wyczuwalny, ale wydawał się jak woń naturalna. Kobiety zwykły pryskać się bardzo mocnymi i wyraźnymi zapachami. Czasami aż dusi ich intensywność. Ten był ledwie wyczuwalny, ale jednak zauważalny. A może to tylko moje sugestywne wrażenie...

W limuzynie siedziałem sam. W tradycji tajskiej mnich nie może siedzieć obok kobiety. Cztery panie zajęły więc szoferkę, podczas gdy ja miałem cały tył dla siebie. Komiczne, ale miłe.

Przed powrotem do zakonu podjechaliśmy do restauracji, w której odbywała się impreza noworoczna. Kilkadziesiąt osób w firmowych koszulkach firmy kosmetycznej zdominowało lokal. Natomiast właścicielka pojawiła się dopiero grubo po północy, zmuszona obserwować pokaz fajerwerków poprzez przednią szybę auta. Kierownicę przejął pracownik, który odwiózł mnie do klasztoru. W jego oczach widziałem oznaki największego respektu jaki zaobserwowałem w życiu. Jakby wiózł króla Tajlandii Ramę X.


W Nowy Rok 2018 wszedłem w niesamowity sposób, jadąc limuzyną z nieznanymi ludźmi, traktującymi mnie niczym największego dygnitarza Tajlandii. Jeszcze rano nie wiedziałem jak spędzę Sylwestra. Jedyną myślą było rzucić się z prądem i zobaczyć dokąd zaniesie. Pokazał mi ciekawy świat, pełen wspaniałych i niezwykle interesujących osób. Jedyną moją zasługą było poddanie się i zaakceptowanie wszystkiego, co nadchodzi. Każdą chwilę kontemplowałem z zadowoleniem, nawet zwabiony wodą do białego vana, który nagle ruszył. Nie wiem co mi ów 2018 rok przyniesie, jestem jednak pełen dobrej myśli. Wystarczy przyjąć jego dar z otwartym umysłem i poddać się życiu. Ono wie najlepiej, co dla nas dobre...

 

 

01-01-2018 schwalk

 
Komentowanie dozowolone wyłącznie dla zarejestrowanych użytkowników.
Reklama QP
Zareklamuj się u nas!
Teksty na zamówienie
Buddyjski symbol szczęścia