Kurs Vipassany

Zapisując się na pięciodniowy kurs vipassany, wiedziałem, że będę intensywnie medytował. Jednak nie medytacja okazała się celem szkolenia. Kurs wydobył dla mnie istotę mnichostwa.

 

 

 Więcej informacji:  Najnowsze newsy

Centrum szkoleniowe położone jest w kompleksie należącym do świątyni w Praputthabat, która jest dość sławna ze względu na posiadany relikt – odcisk stopy Buddy.

Ponieważ w naszym zakonie dość surowo przestrzegana jest reguła nie używania środków transportu, do miasteczka Praputthabat wybraliśmy się piechotą. Na szczęście jest ono położone blisko naszej świątyni, wystarczyła godzina intensywnego marszu.

Teren szkółki jest parkiem. Centralnym miejscem jest drzewo Buddy (Bodhi) i położony wokół niego wyłożony kostką chodnikową plac. Plac jest dobrze oświetlony jarzeniówkami oraz nagłośniony zestawem mobilnym. Tuż pod drzewem Buddy znajduje się ołtarz, który jest prezentem mnichów tybetańskich. Płaskorzeźba przedstawiająca Buddę została wykuta w bloku szarego kamienia, strukturą przypominającego skałę wapienną. Na pozostałych trzech stronach cokołu podwyższającego drzewo ustawiono posągi Buddy, które są prezentem od naszego klasztoru.

Ceremonialne drzewo Buddy jest szczepem figowca, pod którym Budda doznał oświecenia. Od czasów starożytnych pielęgnuje się tradycję rozsadzania historycznej rożliny, a czym bardziej bezpośredni szczep, tym większy prestiż świątyni. Oryginalne drzewo Buddy według podań zostało zniszczone przez zazdrosną królową, jednak z jego korzeni odrodziło się nowe. To nowe zostało rozsadzone wielokrotnie w różnych częściach globu. Nowo powstałe drzewa do dziś stanowią źródło sadzonek, które są darowywane świątyniom buddyjskim na całej ziemi. Zapewnia to genetyczną ciągłość linii drzewa Buddy, a symbolicznie daje możliwość oświecenia każdemu praktykującemu.

W tradycji mnichów leśnych jest podróżowanie z parasolem. Ów parasol służy jako schronienie. Pod nim się śpi i pod nim odpoczywa. Na klot (กลด) zakłada się bawełnianą cienką firankę, która służy jako ochrona przed owadami. Oprócz tego posiadam składaną matę do spania, której używam także na co dzień.

Po przybyciu wybraliśmy miejsce pośród drzew, w którym rozbiliśmy obóz. Oprócz własnych „domków” rozłożyliśmy także parasole mnichów, którzy ze względu na swoje obowiązki wyruszyli z zakonu później. Oprócz wieczornej recytacji sutr mieliśmy ów dzień dla siebie.

O godzinie 3:30 dnia następnego z głośników rozległ się przyjemny głos lektora „saładi krap” (dzień dobry), który przyjemną muzyką przywitał obozowiczów. Delikatny dźwięk zachęcał mnichów do zebrania się na centralnym placu i porannej medytacji.

Nasza grupa już o czwartej w komplecie siedziała przed drzewem Buddy. Choć nie wszyscy do końca przebudzeni, nikt nie grymasił i nie narzekał.

Pomiędzy godziną 4:00-5:00 medytacja odbywała się w ciszy. W tym czasie ciągle schodzili się mnisi miejscy, żółci. Plac się powoli wypełniał, by o godzinie piątej rozpocząć śpiewanie sutr. Intonowanie sutr trwało do 6:00. Oczywiście zależało to też od tego, w którym momencie mnich prowadzący zorientuje się, że szósta już minęła.

Od godziny 6:00-7:00 mnisi mieli czas dla siebie. De facto blok poranny, który miał się kończyć o 6:00 zwykle przeciągał się nawet o kwadrans, natomiast na śniadanie zbieraliśmy się już niemal kwadrans przed siódmą. Mimo to wielu mnichów znajdowało czas na dodatkową medytację, czy śpiewanie sutr według kanonu naszego zakonu.

Śniadanie jest jedynym posiłkiem leśnego mnicha. Choć mnichów żółtych nie obowiązuje tak surowa reguła i mogą spożywać dwa posiłki dziennie, poranny i przedpołudniowy, serwowane jedzenie mieliśmy tylko jeden raz.

Ale co to za śniadanie!

Nakarmienie mnichów jest wielkim świętem dla wielu ludzi, rzekłbym dużej części miasta. Impreza rozpoczyna się formalnie tuż po godzinie siódmej i trwa do dziewiątej. W owym czasie mowę Dharmy wygłasza opat klasztoru w Praputthabat, mnisi intonują sutry, artyści śpiewają tajskie pieśni ludowe, odczytywane są nazwiska darczyńców śniadania wraz z wielkością datków, ceremonialnie błogosławi się wszystkich ofiarodawców i osoby pomagające w przygotowaniach.

Stan mnisi w Tajlandii jest specyficzny. Zgodnie z doktryną osoba wstępująca do zakonu pozbywa się wszystkich dóbr materialnych, lub w czasie ordynacji z nich nie korzysta. Golona jest głowa i brwi, a mnich zakłada prostą szatę. Mnisi żyją nieskomplikowanie. Śpią na podłodze, jedzą wyłącznie ofiarowane pożywienie, nie pobierają pieniędzy za swoją pracę. Śniadanie jest jedyną porą, kiedy mnichowi można cokolwiek ofiarować.

Przed śniadaniem bierzemy udział w ceremonii z daleka. Siadamy pod zadaszeniem, które jest na terenie parku i słuchamy imprezy w głośnikach, nie do końca widząc jej przebieg. Dopiero po zakończeniu dziękczynienia, biorąc w ręce misę jałmużną, wychodzimy z parku.

Idziemy w dwóch rzędach. Po prawej i lewej stronie stoją ludzie, wrzucający nam do misy jałmużnej ryż. Ilość tego ryżu jest symboliczna. Jedni wrzucają całą łyżkę, inni zaledwie kilka ziaren. Poruszamy się serpentyną. Ludzi świeckich pragnących ofiarować mnichom jedzenie jest tak dużo, że nasza ścieżka jest wydłużona do kilkuset metrów. Nakarmienie mnicha w tradycji tajskiej jest zaszczytem z jednej strony, z drugiej generuje darczyńcy dobrą karmę. Jest dla niego formą odkupienia. Obowiązkiem mnicha jest przyjąć dar.

Misy napełniają się ryżem bardzo szybko. Co kilkadziesiąt metrów stoją wielkie kotły, do których można otrzymany ryż przerzucić. Oczywiście konsumpcja ofiary jest niezwykle istotna w buddyzmie, jednak mnich nie musi zjeść całości. Wystarczy, że zje troszeczkę, a błogosławieństwo idzie dla wszystkich darczyńców. Misy są więc napełniane wielokrotnie, szczególnie u mnichów białoskórych, którzy dla Tajów są niezwykłą atrakcją (w zakonie Thamkrabok jest czterech mnichów białoskórych; są to jednocześnie jedyni obcokrajowcy wśród wszystkich zakonników prowincji Sara Buri, w której mnichów jest kilkanaście tysięcy).

Po przejściu ścieżki ryżowej wyrzucamy cały naddatek do kotłów, zostawiając w misie jedynie taką ilość, którą będziemy w stanie skonsumować. W bufecie dorzucamy do misy sosy, owoce i warzywa oraz desery. Przy wyjściu stoją kobiety wrzucające do misy napoje w plastikowych butelkach.

Wszystko to ląduje w jednym miejscu i z niego jest konsumowane. Ciastko miesza się z sosem chili i mięsem. Niektóre wrzucone do misy produkty są nadal zawinięte w folię, którą często dopiero z ust się usuwa. Śniadanie w praktyce buddyjskiej służy zatankowaniu ciała, a nie jego zadowalaniu. Traktowane jest przez mnichów jako zaspokojenie zapotrzebowania energetycznego i mineralnego organizmu.

Śniadanie konsumowane jest już na terenie parku, pod tym samym zadaszeniem, pod którym zakonnicy uczestniczyli w ceremonii. Rozpoczęcie uczty ogłoszone jest przez opata, gdy już wszyscy mnisi są gotowi do jej rozpoczęcia. Jest też sygnałem dla osób świeckich, którzy teraz mogą sami rozdzielić między siebie pożywienie nie pobrane przez mnichów. Zakonnicy biorą zaledwie niewielką część przygotowanego jedzenia. Pozostałe jest ucztą dla setek osób świeckich, które współtworzyły śniadanie. Poświęcone mnichom jedzenie uważane jest przez Tajów jako święte. Nawet osoby majętne chcą więc choćby skosztować.

Po napełnieniu żołądków wrzucamy resztki do przygotowanych beczek i myjemy miski w specjalnie postawionym stanowisku. Chwilę po godzinie dziewiątej jesteśmy znowu w naszym obozowisku. Jest to czas na poranną toaletę.

Już o godzinie 10:00 rozpoczyna się następny blok medytacyjny. Tym razem jest godzinna medytacja przy intonacji sutr oraz godzinna medytacja chodzona.

Teren ogrodu opasany jest malowniczą ścieżką spacerową. Wyłożona jest ona kostką chodnikową, a jej całkowita długość wynosi około 1500 metrów. W trakcie medytacji południowej okrążamy teren trzykrotnie, co zajmuje ponad godzinę.

Spacer medytacyjny jest specyficzny. Odbywa się na boso. Ćwiczymy w nim uważność chodzenia. Stawiając stopę, uważnie wybieramy miejsce jej postawienia. Teren jest pełen małych skorpionów, których ukłucia nie są śmiertelne, lecz bardzo bolesne. Bosą stopę można też skaleczyć na ostrych kamyczkach, kawałkach drewna, czy owocach, których na ścieżce sporo leży.

Po spacerze udajemy się ponownie na plac. Po krótkiej ceremonii kończącej blok medytacyjny mnisi rozchodzą się do własnych legowisk, natomiast nasza grupa zostaje na intonację sutr według kanonu naszego zakonu. Śpiewamy przez długość jednego kadzidełka, po czym także udajemy się na czas wolny.

O godzinie 14:00 rozpoczyna się kolejny cykl, tym razem edukacyjny. Przez dwie godziny doświadczony w intonacji sutr mnich tłumaczy zasady mantrowania. Wyjaśnia w jaki sposób modulować głos, jak ustalać tempo, w jaki sposób dopasować wysokość intonacji do własnego głosu. Wszystkie aspekty techniczne stosowane są co jakiś czas we wspólnej intonacji kolejnych sutr z książki, którą podczas wykładu się posługujemy.

Wykład odbywał się po tajsku, więc nie wszystko było dla mnie zrozumiałe. Wiele wskazówek przenikało intuicyjnie do świadomości. Prowadzący w przedrzeźniający sposób pokazywał niewłaściwe zachowania, dla przeciwwagi intonując te same fragmenty w sposób prawidłowy.

Dla mnie ważnym spostrzeżeniem był sens szkolenia.

Intonacja sutr w tradycji tajskiej odbywa się wyłącznie poprzez usta mnicha. Osoby świeckie nie powinny tego robić. Jest to dobre z dwóch powodów. Pierwszym jest sakralizacja tekstów, tym bardziej, że są one w intonowane w oryginalnym języku pali, którym się nie operuje poza buddyzmem. Drugim jest sam sens intonacji.

Sutry recytowane są w odpowiednim tempie, odpowiednim takcie i odpowiednim tonie. Zadaniem recytacji jest wywołanie u słuchacza transu medytacyjnego. Monotonnie wypowiadane słowa interferują z częstotliwościami pracy mózgu. Odpowiednia intonacja amplifikuje medytację, powodując głębsze fazy transu. Ciężko odłączyć się od ciała w czasie obserwacji jakiegokolwiek procesu, gdyż jest on zmienny. Intonacja, choć sama w sobie jest zmienna, daje uczucie powtarzalności i monotonii. Dzięki niej uwolnienie świadomości jest szybsze i intensywniejsze.

Szkolenie uświadomiło mi moją rolę w społeczeństwie.

Jestem karmiony, ubierany, mam czas na zgłębianie tajników buddyzmu, by później móc służyć innym. Recytując sutry prawidłowo, przyczynię się do duchowych wycieczek osób mnie karmiących. Misyjność owa powoduje, że ludzie świeccy darzą mnie szacunkiem i wspomagają na każdym kroku. Dzięki nim mam szansę na odfrunięcie poza sansarę. Ale także moje doświadczenia będą dla nich możliwością prowadzonych podróży w nieznane. Studia owe mają służyć mi, ale także, czy może nawet przede wszystkim, powinny służyć każdemu, który we mnie zainwestował. Moim moralnym obowiązkiem jest taka intonacja sutr, by wzorowo służyły medytacyjnym odlotom.

Koniec szkolenia sygnalizowany jest poprzez uderzenie w dzwon krótko po 16:00. Uderzenie w dzwon nie byłoby wymagane, gdyby mnisi prowadzący spotkanie samodzielnie kontrolowali czas wykładu. Po krótkiej ceremonii pokłonu mnisi rozchodzą się na niemal dwugodzinną przerwę.

O godzinie 18:00 rozpoczyna się ostatni blok medytacyjny. Trwa on trzy godziny. Pierwsza godzina to ceremonialna intonacja sutr. Później jest spacer medytacyjny. Odbywa się on już porą nocną. Ścieżka jest ciemna i pełna skorpionów. Stąpając po niej używałem latarki. Gdy zauważyłem skorpiona, oświetlałem go, stojąc przez chwilę i ostrzegając nadchodzących mnichów. Nikt się jednak moimi ostrzeżeniami nie przejmował, a przechodzący mnisi z małych pajęczaków nie robili sobie kompletnie nic. Jakby chodzili po mrówkach. Skorpiony w panice uciekały, kopane przez przechodzących mnichów (wszystkie medytacje odbywają się na boso). Podczas pięciodniowego pobytu nie słyszałem, by któregokolwiek zakonnika użądlił skorpion.

Po powrocie z nocnego spaceru rozpoczynaliśmy medytację mantry.

Mantra od intonacji sutr różni się w zasadzie tym, że sutry to długie teksty, które się kolejno czyta. Natomiast mantra to często jedno zdanie, które się niezmiennie powtarza. Różnica jest głównie dla mnicha. Podczas recytacji sutr skoncentrowany jest na tekście, ćwiczy uwagę obecności. Podczas mantrowania odpływa na równi ze słuchaczem. Wieczorna mantra oficjalnie kończy się o 21:00, choć osoby chcące sobie przedłużyć przyjemność, mogą zostać dłużej, recytując, bądź oddać się dłuższemu nocnemu spacerowi.

Większość mnichów w obozie rozpoczyna dzień już o 3:00. Jest to dobry czas na wybudzenie się małą czarną przed cichą medytacją, rozpoczynającą się już o 4:00.

Jako zakonnicy Thamkrabok wyróżnialiśmy się nie tylko kolorem szaty.

Wśród obecnych dominowały odcienie żółci, czerwieni, koloru pomarańczowego. Zauważyłem kilku mnichów brązowych z nie naszego zakonu. W Tajlandii mnisi brązowi zwykle związani są z tradycją leśną.

Głównym wyróżnikiem była dyscyplina. Cały czas trzymaliśmy się razem. Podczas gdy mnisi innych zakonów dość swobodnie podchodzili do szkolenia, zakonnicy z Thamkrabok zawsze uczestniczyli w komplecie. W piętnastoosobowej grupie znalazł się zarówno opat, jak i vice-opat, co niewątpliwie zbudowało morale i dyscyplinę reszty. Wyglądaliśmy przy innych jak jednostka mnichów wojskowych.

Nasz klasztor położony jest nieco na uboczu. Nie opuszczamy go praktycznie wcale. Jeśli nawet, wszędzie udajemy się grupą (jedną z reguł zakonnych jest nieopuszczanie społeczności, więc jeśli opuszczamy zakon, wybieramy się w kilka osób). Jesteśmy po części zakonem pustelników; nie uczestniczymy w żaden sposób w życiu publicznym. Jest to dodatkowym czynnikiem trzymającym nas razem na nowym, nieznanym terenie.

Jest też pewna rzecz, której jeszcze nie do końca rozumiem.

Nasz zakon to kompletna anarchia. Jest oficjalny przywódca, są Ajahnowie, którzy prowadzą własnych uczniów. Jednak w zakonie nie ma lidera. Każdy robi co chce. Nikt też nikogo w żaden sposób nie kontroluje.

Wszystkie obiekty na terenie zakonu są otwarte dla mnichów i do ich dyspozycji. Nie ma żadnego przymusu pracy, czy obowiązku uczestniczenia w ceremoniach. Każdy sam sobie wybiera co chce robić i z kim. Każdy też sam ustala sobie harmonogram zajęć. Mimo wszystko w zakonie panuje ład i porządek. Mnisi mimo braku presji stawiają się na ceremoniach, uczestniczą w pracach zakonu. Gdy ktoś zauważy potrzebę naprawienia czegoś, czy posprzątania, chwyta za miotłę, czy narzędzia i robi. Wykształciła się społeczność ludzi od siebie uzależnionych, jednocześnie o siebie i swoje otoczenie dbających.

Na tle mnichów pomarańczowych wyglądaliśmy dziwnie. Nikt nie ośmielił się wstać i opuścić medytacji, dopóki nasz opat nie dał znaku, że medytację uznaje za skończoną. Nikt nie bumelował, ani nie spóźniał się. Wszystko jak w wysoce zorganizowanym garnizonie wojskowym.

Jednocześnie jedynym przywódcą byli Ajahnowie, którzy nic nie narzucali i nic się nawet nie odzywali. Był to dla mnie piękny pokaz jak wielką kontrolę nad swoimi ludźmi można osiągnąć samym faktem przewodnictwa duchowego. Bycie mędrcem i troskliwym Luong Poh (Wielebny Ojciec) daje większą władzę nad swoim stadkiem, niż karabiny maszynowe i czołgi.

Mnich buddyjski w trakcie praktyki staje się coraz bardziej niezależny. Nie lęka się niczego, niczego nie pragnie, w każdym momencie jest gotowy na śmierć. Jest to osoba, której właściwie kontrolować się nie da. Jedyną możliwością pokierowania mnichem jest pokazanie mu wartości, które są dla niego istotne. Taką wartością jest mnich bardziej uduchowiony. Jest to także jedyna osoba, przed którą mnich się pokłoni i którą obdarzy szacunkiem.

Udział w szkoleniu uświadomił mi wyjątkowość reguły zakonnej Thamkrabok i naszej praktyki. Już wcześniej widziałem, że nasi mnisi są wyjątkowi. Cechuje nas niesamowita tolerancja, dobroć i poświęcenie. Obserwacja naszej grupy na tle mnichów pomarańczowych, którzy pojawiali się wyłącznie na wybranych medytacjach, w dodatku mocno rozkompletowani, ewidentnie z wielkim luzem uczestnicząc, pokazała kontrast praktyki.

Patrząc na moich towarzyszy, siedzących posłusznie w rzędzie jeden za drugim i w skupieniu medytujących, poczułem dumę i zaszczyt z faktu bycia jednym z nich. Do dumy z bycia Polakiem dołączyła duma z bycia zakonnikiem Thamkrabok.

 

11-12-2017 schwalk

 
Komentowanie dozowolone wyłącznie dla zarejestrowanych użytkowników.
Reklama QP
Zareklamuj się u nas!
Teksty na zamówienie
Buddyjski symbol szczęścia