Strach

Strach

Największym faktorem nas zniewalającym jest uczucie strachu. Boimy się o przyszłość, o zdrowie, o to czy jutro będzie za co bułkę kupić. Strach nas wiąże z rzeczywistością, w której żyjemy, zniewala nas i narzuca tok myśli.

 



Nie ma prawdziwego i pełnego wyzwolenia, gdy jest strach. Odkrył to 2,500 lat temu Budda i dzięki temu wymknął się rzeczywistości. Pozbycie się lęku powoduje, że rzeczywistość przestaje rządzić umysłem, a umysł przejmuje pełną kontrolę nad rzeczywistością.

Lęk

Czymże jest ów lęk?

Możemy się bać o niemal wszystko. Podstawą lęku jest obawa przed utraceniem czegoś wartościowego, czegoś na czym nam zależy, albo do czego jesteśmy przywiązani. Aby pozbyć się lęku, należy pozbyć się przywiązania. Osoby, którym na niczym nie zależy, stają się wolni. Nie można na nich wpłynąć, ani ich kontrolować.

Opiszę tutaj kilka rodzajów lęku i sposoby na ich pozbycie się. Teoria jednak nic nie da, gdy nie pójdzie za nią praktyka. To właśnie dzięki treningowi staje się człowiek silniejszy i odporniejszy na lęk.

Lęk wysokości.

Niektóre z lęków towarzyszą nam od urodzenia. Nie wiadomo skąd się biorą i jak je zwalczyć. Ich przełamywanie nie zadziała, gdyż są nieuwarunkowane. Można je natomiast opanować.

Lęk wysokości mam od zawsze. Odziedziczył go po mnie syn. Już jako kilkudniowy noworodek, podniesiony na rękach wstrzymywał oddech i z przerażenia cały siniał. Pamiętam, że podnosząc go, zawsze należało strzec, by główkę miał wpatrzoną w sufit.

Taka fobia będzie towarzyszyć do końca życia. Nie ma na nią lekarstwa, jest niepełnosprawnością, jak wrodzona wada wzroku, czy brak ręki. Odpowiednimi technikami można jednak nad tą fobią zapanować.

W moim przypadku lęk wysokości ma dwa objawy.

Pierwszym jest obawa przed wysokością. Spojrzenie w dół z drugiego piętra powoduje paraliż kończyn dolnych, przenoszący się na paraliż całego ciała. Od dziecka próbuję zwalczać ową reakcję organizmu, wdrapując się na drzewa, czy na wysokie obiekty. Przyzwyczajenie się do ataku paniki organizmu, pozwala nad nim panować.

Jednym z moich ulubionych ćwiczeń jest położenie się na skraju wysokiego budynku. Nie jestem w stanie zbliżyć się do jego krawędzi w pozycji pionowej, nawet na czworaka mam problem. Kładę się więc na dachu i czołgam do krawędzi. Wychylam głowę i obserwuję umysłem ogarniający paraliż ciało. Wycofuję głowę, paraliż mija. Wysuwam ją wolniej, obserwując dokładnie ogarniający ciało paraliż. Uczę się go kontrolować. Jednocześnie mam świadomość całkowitego bezpieczeństwa, gdyż nawet całkowicie sparaliżowany i bez możliwości ruchu będę sobie na tym dachu leżał, aż mi przejdzie. Unikam miejsc, w których odmawiające kontroli kończyny mogłyby mnie zrzucić z wysokości.

Praktyka poskramiania strachu pozwala ujarzmić go do tego stopnia, że nie przeszkadza w życiu codziennym. Niektórzy czteropalczaści ludzie posługują się długopisem sprawniej od pięciopalczastych, nie zauważając po czasie wcale brakującej dysproporcji. Kwestia treningu.

Drugi rodzaj strachu jest nieco trudniejszy do pokonania, bo związany jest z inną osobą. Takie samo drętwienie kończyn ogarnia mnie, gdy widzę osobę ryzykującą życie, stając gdzieś na krawędzi. Ekstremalna panika włącza się, gdy widzę zbliżające się małe dziecko do otwartego okna. Nawet jeśli okno jest zbyt wysoko, by mogło się wychylić i wypaść.

Tutaj stosuję odwrócenie uwagi. Zamykam oczy i staram się myśleć o czymś innym, albo opuszczam pomieszczenie (jeśli oczywiście sparaliżowane kończyny na to pozwolą).

 

Nie wiem dlaczego mam lęk wysokości, ale dzięki praktyce wykorzystuję go w życiu codziennym. Zanim wdrapię się na jakąś konstrukcję, dokładnie analizuję sposób poradzenia sobie z paraliżem. Nawet jeśli pozornie wejście wydaje się bezpieczne, a nie spełnia warunku lękowego, odmawiam wejścia i nie zaprzątam sobie tym głowy. Lękiem wysokości natura skutecznie zabezpieczyła mnie przed moją głupotą i brawurą. Dzięki niemu czuję się bezpieczniejszy.

Lęk przed duchami.

Penie niewielu się przyzna do wiary w duchy, ale testy pokazują, że w przypadku takiej anomalii, strach potrafi niewierzącym otworzyć zwieracze.

Rzeczywistość jest bardziej złożona, niż pozornie to widać. Wiele osób posiada cechy, które wybiegają poza zdroworozsądkowe wyjaśnienia. Poprzez historię przewinęło się wiele osób z nadzwyczajnymi zdolnościami. Z Polaków chętnie wspomnę ojca Klimuszkę, czy żyjącego obecnie Krzysztofa Jackowskiego.

W roku 2004 wprowadziłem się do pewnego mieszkania we Wrocławiu. Była to kamienica, którą przebudowano na małe mieszkania. Wcześniej była nawą kościoła i miejscem zakwaterowania zakonnic.

Już w niedługim czasie po wprowadzeniu zwróciłem uwagę na tajemnicze odgłosy. Był to dźwięk kroków po drewnianej podłodze. Leżąc w łóżku słyszałem kogoś idącego z kuchni, mijającego mnie, a następnie idącego do pokoju sypialnego. Tam następowała cisza i za jakiś czas kroki wracały. Początkowo słysząc je byłem przerażony. Nie dało się wyjaśnić odgłosów w żaden sposób. Ewidentnie uginały się deski pod ciężarem niewidocznego ciała, kroki mijały mnie w odległości metra. Czasami postać budziła śpiące w pokoju dziecko, które z przeraźliwym płaczem wpatrywało się w przestrzeń.

Rozmawialiśmy o fenomenie z sąsiadami, ale i tak nic nie mogliśmy zrobić. Mieszkanie było wynajęte niemal cudem, w dodatku za kwotę która była połowę niższa od najtańszej innej oferty. Pozostało więc jedynie dodatkowego domownika zaakceptować.

Duszek oprócz łażenia nie robił kompletnie nic, więc do jego obecności po czasie przywyknąłem.

- Gdzie leziesz znowu, - mruczę pod nosem, nie odrywając wzroku od czytanej książki. - Ale cię dzisiaj nosi, - dodaję.

Po niemal pięcioletnim pobycie w nawiedzonym domu, trafiła się lepsza opcja. Skorzystaliśmy z niej i się wyprowadziliśmy. Do mieszkania wprowadziło się młode małżeństwo z małym dzieckiem.

Dziewczyna puka do mnie, cała roztrzęsiona. Nie śpię od kilku dni! Już trzech księży egzorcyzmy odprawiało. Dalej to samo. Jak to możliwe! Przecież mieszkaliście tam wcześniej.

- Rozumiem twoje zdenerwowanie. ...Ale ja po prostu zaakceptowałem duszka. On tylko chodzi, nikomu krzywdy nie robiąc. Da się z nim komfortowo żyć. Nie przejmuj się! Raz miałem okazję w trakcie półsnu ujrzeć tę postać. To kobieta około 70 lat, siwe włosy spięte w koka, ubrana w jasny promieniujący własnym blaskiem ażurowy sweterek. Klęczała wówczas nad śpiącą żoną i się jej przyglądała - tylko pogorszyłem sytuację wywołując atak paniki.

Strach zwyciężył. Budynek niebawem przeznaczono do rozbiórki.

Miałem szczęście spotkać się na mojej drodze z emanacją jakiejś równoległej czasoprzestrzeni. Nie był to kontakt agresywny, rzeczywistości choć się przeniknęły, nie wpłynęły na siebie. Dzięki temu doświadczeniu duchów dzisiaj się nie boję. Mogę o dowolnej porze pójść na cmentarz i gdy spotkam tam faceta z własną głową pod pachą, wymienię z nim uścisk dłoni i zaproszę na herbatę.
Dzięki pięcioletniej praktyce ujarzmiania leku przed duchami, dzisiaj potrafię ten strach kontrolować. Przestał mną rządzić, teraz ja rządzę nim.

Lęk przed brakiem pieniędzy

Wierzycie mi, czy nie, obawa przed utratą środków na życie była do niedawna jedną z moich najpoważniejszych zmór.

Będąc w Polsce znalazłem się w bardzo niekomfortowym położeniu finansowym. Żyjąc jak większość, od wypłaty do wypłaty, utrzymywałem rodzinę. Na wynajętym mieszkaniu, z małym dzieckiem, bez żadnego wsparcia ani rodziny, ani państwa.

Wylądowałem w szpitalu. Na dłuższy czas zostałem wyłączony z potoku spraw bieżących.

Może obecnie wygląda sytuacja młodych ludzi w Polsce lepiej, ale wówczas brak zapłacenia najmu skutkował przeniesieniem klamotów na chodnik. Wraz z łóżeczkiem, w którym spał dwumiesięczny wówczas Kacper. W lutym, przy ujemnej temperaturze powietrza. Patrzyłem na to wszystko zamroczony lekami, nie mogąc zrobić kompletnie nic. Policjant, który przyjechał, zażądał, aby lepiej jakoś się zorganizować, bo jak za godzinę jeszcze łóżeczko będzie na chodniku, to zabiera dziecko na komisariat i oddaje pomocy społecznej.

Wydarzenie to nabawiło mnie lęku przed utratą pieniędzy. Do wszystkiego zacząłem podchodzić bardzo asekuracyjnie. Analizowałem każdą sytuację pod kątem mojej niemożliwości zareagowania. Szybko postanowiłem o przeniesieniu rodziny do Anglii, gdzie zabezpieczenie socjalne pozwala na komfort psychiczny w przypadku choroby.

Choć rodzina się już rozeszła, to fobia została i do dzisiaj z nią walczę. Życiowe kryzysy potrafią nabawić lęków, których latami trzeba się później pozbywać. Życie w klasztorze daje mi jednak bardzo dobrą praktykę. Praktykuję nieużywanie pieniądza.

Oderwanie się od środków finansowych nie byłoby możliwe w zewnętrznym świecie. Korzystam więc z okazji, by praktykować w zakonie jak najpełniej. Nie zarobkuję, nie przyjmuję żadnych prywatnych datków finansowych i nie dotykam gotówki. Choć powinienem zrezygnować z używania pieniądza, do tej pory nie mogę całkowicie zerwać uzależnienia. Wyznaczam sobie w praktyce konkretne cele i nienaruszalne terminy. Obecnie złożyłem sobie przysięgę, że nie wydam żadnych pieniędzy do grudnia. Wówczas pewnie pobiegnę do sklepu po gaz, którego używam do topienia metalu i wyrobu naszyjników dla moich gości, a który mi się już dwa tygodnie temu skończył. Kupię cynę do lutowania, choć jeszcze kawałek mam i żarówkę, która się spaliła.

Trening odizolowania się od możliwości kupowania uczy mnie porzucać rzeczy, na których mi zależy, a dzięki temu się od nich uwalniać. Pokazuje mi także świat bez pieniądza i sposoby w nim funkcjonowania. Okazuje się, że człowiek bez pieniędzy jak najbardziej może funkcjonować, tego funkcjonowania jednak trzeba się wprzódy nauczyć. Nie używanie pieniądza pozwala zapanować nad strachem przed jego nieposiadaniem, pozwala go kontrolować i okiełznać.

Lęk przed utratą zdrowia.

Tutaj znowu znalazłem się w uprzywilejowanej pozycji, gdyż miałem już sposobność znaleźć się w sytuacji, w której przyczyny zdrowotne wyłączyły mnie z życia na pewien okres czasu. Nie muszę sobie wyobrażać jak to jest, gdy mi się coś stanie.

Jest bardzo niekomfortową sytuacją, gdy człowiek zdany jest całkowicie na innych. Nie mają one wszak obowiązku się nim opiekować, a ich własne problemy są i powinny być priorytetem. Lęk przed utratą zdrowia jest de facto lękiem, by komuś na głowę nie spaść, gdy zaniemożemy.

Aby pozbyć się lęku przed utratą zdrowia należy tak kierować swoim życiem, by unikać sytuacji obciążania sobą innych. Sama utrata zdrowia nie ma dramatycznego wpływu na nasze życie. Znajdziemy się po prostu w nowych okolicznościach.

Jeśli stracę rękę, będę musiał nauczyć się otwierać słoik, przytrzymując go między nogami. Bardzo możliwe, że niektóre czynności zmuszony zostanę wyręczyć ustami. Znajdując się w nowej sytuacji, nauczę się nowych zachowań. Mogą być utrudnienia na początku nieco irytujące, ale pewnie się szybko do nich przyzwyczaję.

W zakonie opiekujemy się psem, któremu samochód przetrącił kręgosłup. Do tylnej części ciała ma przytwierdzony wózek, dzięki któremu nie musi ciągnąć tyłkiem po ziemi. Ów pies kompletnie nie zauważa swojej niepełnosprawności. Na ile może gania za innymi psami, gdyby mógł machać ogonem, pewnie machałby tak samo jak one. Kalectwo nie przeszkadza mu być psem szczęśliwym.

Jeśli więc stracę nogę, będę wesoło kuśtykał. Może chodzenie okaże się wolniejsze, ale w żadnym stopniu nie będę z tego powodu czuł się nieszczęśliwy. Jeśli zachoruję, będę próbował się wyleczyć. Wysoka temperatura i ból głowy obniżają komfort życia, ale także one, jak wszystko, przeminą. Gdy jestem chory, kładę się więc i czekam, aż choroba minie. Nie boję się jej.

Praktyka panowania nad lękiem o zdrowie, najlepiej gdy ma miejsce podczas choroby. Należy wówczas uważnie obserwować siebie oraz otoczenie i zacząć zauważać pozytywne aspekty utraty zdrowia. Jeśli stracicie prawą dłoń, staniecie przed wyzwaniem nauczenia się pisać lewą. Takiej umiejętności nigdy byście nie nabyli, mając ciągle obie ręce. Tempo pisania na początku będzie wolniejsze, ale z czasem się wyrówna. Jeśli jednak nawet się nie wyrówna, to czy mniejsza sprawność odręcznego pisania musi oznaczać nieszczęście? Uświadomienie sobie faktu, że utrata zdrowia nie jest aż taka straszna, pozwoli zapanować nad tym lękiem, przestanie strach kontrolować człowieka, a człowiek zacznie kontrolować swój strach.

Lęk przed śmiercią dziecka.

Śmierć kochanego partnera, rodzica, czy przyjaciela nie są tak dramatyczne, jak śmierć własnego dziecka. Wiele osób świadomie wybrałaby swoją śmierć, byle tylko nie być świadkiem umierania własnego dziecka. Szczególnie, gdy łączy z nim silna więź emocjonalna.

Wybawieniem z tego lęku może, a nawet powinna być religia. Omówię tutaj stanowisko buddyzmu.

W religiach wschodu silnie zakorzenione jest pojęcie karmy. Uważa się, że karma przechodzi za człowiekiem wraz z jego kolejnymi inkarnacjami. Istotna jest także świadomość Buddy, która jest niejako bytem unifikującym wszystkie istoty, jest ich częścią składową.

Według filozofii buddyjskiej cała rzeczywistość odbywa się wewnątrz naszego umysłu i niekoniecznie istnieje poza nim. Taki Matrix.

Zasadę działania tego Matriksa można przyrównać do mechanicznej obieraczki ziemniaków. Kartofle wrzucane są do bębna, który zalany wodą, obraca się. Warzywa, obijając się o karbowane i porowate ściany bębna, z każdym obrotem uszkadzają swoją brzydką skórkę, odsłaniając soczyste wnętrze. Po pewnym czasie kucharz wyciąga pięknie oszlifowane ziemniaki. Kartofle nie obrane dokładnie, trafiają do obieraczki na następny cykl.

Buddyzm właśnie mówi o cyklu w owym bębnie i ponowne wrzucenie do niego, gdy oczyszczanie nie dało jeszcze zadowalającego rezultatu. Jeśli nasza osobowość została brudna, przechodzi na następną turę oczyszczania. Śmierć jest niczym innym, jak sprawdzeniem stopnia oczyszczenia.

Esencja Buddy jest czystą świadomością, bez owej nieładnej skórki. Każdy z nas się z niej składa. Rozróżnić ziemniaki możemy wyłącznie, gdy te są nieobrane. Obrane, są jednakowo doskonałe, nierozróżnialne tworzą jedną materię.

Tego rodzaju wyjaśnienie pozwala popatrzyć na śmierć w nieemocjonujący sposób. Umierająca osoba nie przestaje istnieć, zostaje przeniesiona w inne miejsce. Płacze nasze serce ze względu na przywiązanie do tej skórki. Dramat odbywa się w naszej świadomości i tylko jej dotyczy. Śmierć dziecka jest tragedią poprzez utratę obiektu naszego pożądania, egoistyczną wolą zatrzymania kogoś dla siebie, uzależnianiem poczucia szczęścia od projekcji Matriksa, czyli, być może, od nieistniejącej imaginacji.

Pogrzeb w tradycji buddyjskiej jest wesołym wydarzeniem, bo oznacza, że albo zmarły wyrwał się z Matriksa i awansował do wyższego poziomu, albo zostanie wrzucony ponownie do niego i niebawem znowu się odrodzi. Śmierć jest tożsama z narodzinami i nie rozłącza się jej w buddyzmie.

Podążając za buddyjską filozofią można pozbyć się lęku zarówno przed śmiercią dziecka, jak i przed własną. Będąc przygotowanym na śmierć, przestajemy się jej lękać.


 

Brak lęku uwalnia naszą siłę, powoduje że stajemy się niepokonani. Złamać człowieka można jedynie odbierając mu coś, bądź odebraniem grożąc. Rozumiejąc zasady rządzące rzeczywistością, przestajemy się bać. Praktykując kontrolę nad lękiem, zyskujemy nad nim władzę, przestaje być obawą, przestaje posiadać własnej natury.

Stojąc na szczycie góry spoglądam w dół. Czuję jak dolne kończyny ogarnia paraliż. Cofam głowę, paraliż ustaje. Wychylam – wraca. Uśmiecham się pod nosem. Mam cię! Działasz dokładnie tak, jak tobą kieruję. Nie lękam się już lęku, bo potrafię nim kierować.

 



07-11-2017 schwalk
Komentowanie dozowolone wyłącznie dla zarejestrowanych użytkowników.
Reklama QP
Zareklamuj się u nas!
 
Teksty na zamówienie
Buddyjski symbol szczęścia