Natura Buddy

Natura Buddy

Moim osobistym zdaniem ile buddystów, tyle wersji buddyzmu. Dobre drzewo poznasz po owocach – rzekł kiedyś Jezus. Popatrzmy na buddyzm więc z perspektywy korzyści.

 



Świadomość ludzka składa się z dwóch natur. Są to natura Buddy oraz ego.

Nie należy oczywiście sądzić, że mając w sobie naturę Buddy zawieramy bezpośrednio osobę Gautamy. Mendelejew nie stworzył okresowości pierwiastków, tylko je odkrył. Dzisiaj nazywamy tablicę okresowości pierwiastków od jego nazwiska. Podobnie jest z naturą Buddy. Nie był on pierwszym w historii, który badając naturę umysłu, natknął się na świadomość uniwersalną. Nie był też ostatnim. Dzisiaj w świetle jego nauk ów fenomen nazywamy naturą Buddy.

Istota świadomości, nazwana właśnie naturą Buddy, jest trudna do zdefiniowania. Ogólnie ujmując jest to forma istnienia, która nie jest powiązana z czasem, przestrzenią, ani konkretnym systemem logicznym. Ponieważ nie można opisać jej w fizyczny sposób, używając odpowiedników z obserwowanego świata, powstają paradoksy.

Natura Buddy ani nie istnieje, ani istnieje. Jest jednocześnie niezniszczalna, ale i nie wieczna. Można jej doświadczyć, choć nie dotyka żadnego ze zmysłów.

Choć naturę Buddy w większym, lub mniejszym stopniu doświadczyło wiele osób w historii ludzkości, to jednak właśnie Budda nadał jej formę możliwą do rozpoznania. W wielkim skrócie, owa doskonała natura jest ukryta w niedoskonałej otulinie. Budda nazwał tę otulinę ego.

Buddyjskie ego nie ma wiele wspólnego z ego w filozofii zachodniej. Jest to jakby zespół cech charakteru, jego słabości.

Moim skromnym zdaniem niesłusznie zakłada się, że ego to wyłącznie złe cechy osobowości, jego splamienia. Uważam, że ego jest dokładnie całą otoczką natury Buddy, która nie ma absolutnie żadnych cech własnych. Każdy więc przejaw indywidualizmu jest emanacją buddyjskiego ego.

Na czym to polega.

Ostatnio użyłem moim zdaniem trafnego porównania natury człowieka do ziemniaka. Ziemniak jest wrzucony do mechanicznej obieraczki, która zalana wodą, wolno się obraca. Uderzając w ścianki, kartofel uszkadza skórkę, odsłaniając swoje wnętrze.

Nasza świadomość składa się z ego i natury Buddy. Dla potrzeb wyobraźni przyrównajmy to do bryły z diamentem, która ma na sobie liczne naleciałości skał metamorficznych. Diament, który jest najtrwalszym z minerałów i w 10 stopniowej skali twardości Mohsa zajmuje najwyższe miejsce, otoczony jest warstwami o niższej twardości: wapieniem, piaskowcem, talkiem. Wrzucony do tego bębna zwanego życiem, uderza o jego ścianki, uszkadzając swoją powierzchnię wraz z każdym ruchem.

Stare ludowe przysłowie mówi, że co cię nie zabije, to cię wzmocni. Prawda owa znajduje swoje potwierdzenie w praktyce buddyjskiej. Tutaj poddajemy się twardej obróbce, by odsłaniać swoje wnętrze. Czym twardsze życie sobie obierzemy, tym szybsze obieranie skorupy.

Praktykując buddyzm, uświadamiasz sobie, że wszelkie doświadczenia zebrane w życiu są niczym innym, niż procesem odsłaniania ukrytego wewnątrz diamentu. Czym więc w trudniejszych warunkach się znajdziemy, tym pilniej z nich naukę należy wyciągać.

Gdy mnich buddyjski posmakuje przeciwności losu, sam sobie zaczyna je organizować. Praktyka polega na ciągłym udoskonalaniu własnej natury, poprzez eliminację ego, czyli owej skorupy pokrywającej diament.

W trakcie praktyki buddyjskiej zaczynamy widzieć swoją wzrastającą siłę. Coraz trudniej nas zranić, coraz trudniej dotknąć. Każdy udany akt agresji zaczyna cieszyć, odsłania bowiem słabe miejsce, nad którym należy popracować. Czym dłuższa praktyka, tym miejsc tych mniej, coraz bardziej entuzjastycznie reagujemy więc na sytuacje skrajne.

Słuchając wczoraj wykładu Ajahna Brahma, zastanowiła mnie pewna relacja. Ajahn wykonywał prace budowlane, gdy jedna z kobiet zapytała go o opata. Wskazał jej biuro i zapewnił, że opat powinien zjawić się w nim w ciągu kwadransa. W tym czasie poszedł do domku, umył się i przebrał, po czym przyjął kobietę w swoim biurze. Po zakończonej wizycie niewiasta nie omieszkała poskarżyć się na umorusanego pyłem budowlanym mnicha. Przecież nie przystoi to osobie duchowej. Ajahn Brahm obiecał zająć się sprawą i porozmawiać z niesfornym mnichem.

Sytuacja choć w humorystyczny sposób, odsłania dość ważny problem. Jest nim kompletnie zdeformowany obraz mnichów buddyjskich w świadomości osób świeckich. Choć Ajahn mógł w delikatny, czy nawet bardziej ostry sposób wyjaśnić nieporozumienie, wolał odesłać kobietę z jej błędnymi przekonaniami.

Czy Ajahnem Brahm kierowała chęć utrzymania obrazu mnichów, by wyjaśnianie nie zepsuło relacji z darczyńcą? Czy chodzi o ogólną tendencję do wypaczania sobie poglądów przez ludzi i jałowość walki z tą pandemią? Tego się nie dowiedziałem.

Druga istotna uwaga dotyczy pewnego postu na forum poświęconego buddyzmowi, w którym zacytowano wypowiedź jednego z nauczycieli, sugerującego, że nie da się uciec całkowicie od obowiązków, więc wyzwolić się należy w czasie wolnym od nich. Dał przykład siebie i harmonogramu życia klasztornego.

Moja praktyka polega na walce z własnymi ciągotkami.

Jem raz dziennie, by okiełznać głód i chęć sięgnięcia po pożywienie. Jest to kształtowanie charakteru, by nie dać się zmanipulować własnym słabościom.

Nie używam środków transportu, pieniądza, ograniczam korzystanie z kąpieli, śpię na podłodze... Wszystko to w celu eliminacji moich słabości.

Czuję się dużo silniejszy dzięki temu. Nie palę papierosów, ale gdybym palił, potrafiłbym po prostu nie palić. Nie piję alkoholu, bo nie chcę pić i nie mam problemu powiedzieć sobie nie. Nie robię niczego, czego nie chcę robić. Praktyka buddyzmu dodatkowo eliminuje moje chcenie do niemal zera.

Tutaj właśnie następuje moje zderzenie z obowiązkami klasztornymi. Pomagam w pracowni zielarskiej, bo chcę pomagać. Uczę się tam wiele o ziołach, dzięki temu doceniam każdą spędzoną tam chwilę. Naprawiam sprzęty, bo daje mi to olbrzymią satysfakcję. Rozwiązując problemy techniczne, ćwiczę mój zastygły w medytacjach umysł.

Nie mam jednak najmniejszego problemu powiedzieć nie. Jeśli nie mam ochoty pójść do pracowni, nie idę, jeśli nie mam ochoty czegoś naprawiać, nie naprawiam.

Umiejętność mówienia nie jest tak samo ważna, jak każda inna praktyka. Czasami więc warto ją stosować nawet przeciw sobie. Chcę iść do pracowni – nie idę. Zobaczę, czy spowoduje to u mnie obniżenie nastroju. Cały czas szukam swoich słabych miejsc i próbuję je zwalczać.

Jeśli więc ów mnich stawia swoje obowiązki ponad praktykę, zostaje ich niewolnikiem, są jego słabością. Wypełnianie obowiązków jest formą chcenia. Chcę coś osiągnąć, chcę dla kogoś coś zrobić. Wypełnianie tego chcenia obowiązkiem jest nadaniem własnemu chceniu wysokiej rangi, roli nadrzędnej. Ów mnich nie jest więc wolny, jeśli podąża za swoim chceniem, nie uwolni się zatem od ego swojego istnienia.

Każdy oczekuje od mnicha buddyjskiego powściągliwości, uległości, czy absolutnego braku postaw agresywnych. Jest to stanowisko zupełnie odległe od praktyki buddyjskiej. Mnisi lubią wbrew pozorom sytuacje skrajne, bo te kształtują charakter najlepiej. Jest wiele przypowieści, w których praktykujący stawiają się w trudnych sytuacjach zupełnie rozmyślnie. Dzięki temu kształtują osobowość, niczym bokser na ringu pracuje nad technikami walki. Buddyzm jest narzędziem do eliminacji uczuć i emocji, bądź, gdy to niemożliwe, do zapanowania nad nimi.

Uświadomieniu sobie tego faktu powinno pomóc wspomnienie mnichów zakonu Shaolin. Zakon ów kształcił przez stulecia najlepszych zabójców w dziejach Ziemi. Właście dzięki praktyce buddyzmu i walce ze słabościami, potrafili oni podcinać gardła swoim ofiarom bez mrugnięcia okiem, podchodzili niezauważenie pod cele, gdyż potrafili na chłodno kalkulować ryzyko, brak emocji doprowadził ich do perfekcji w zabijaniu.

W krajach Azji mnichów darzy się wyjątkowym respektem. Mnisi z wieloletnim stażem traktowani są niczym posiadający nadprzyrodzone moce.

Jest w tym sporo prawdy. Mnich buddyjski nie zabije nawet komara. Ale jest to objaw jego woli. Gdyby chciał, skręciłby kark przywódcy państwa, nie poruszywszy nawet powieką. Mnich akceptuje życie takim, jakim ono jest, jednak w skrajnym przypadku, gdy zechce kogoś życia pozbawić, nie istnieje na świecie żadna siła, mogąca go przed tym powstrzymać.

Wieloletnia praktyka obijania się o ściany bębna odłupuje piaskowiec i wapienie, odsłaniając czysty diament. Diament ów jest tak twardy, że bęben nie jest w stanie już go w żaden sposób uszkodzić. Teraz diament staje się niebezpieczny dla bębna, gdyż z każdym następnym obrotem go będzie niszczył.

Świadomości tego faktu nie obserwuję w kontaktach z ludźmi spoza buddyzmu. Zadziwiają mnie krytyczne, czy nawet obelżywe uwagi kierowane pod adresem, czy to buddyjskich mnichów, czy nauczycieli. Do zastanowienia poniższe fakty.

Mnich buddyjski nie ma kompletnie niczego, co można by mu zabrać. Nawet śmierć w jego świadomości przyjmuje formę wyzwolenia. W przypadku dowolnej konfrontacji nie ma możliwości, by mógł cokolwiek przegrać, bądź stracić.

Mnich buddyjski praktykuje na co dzień kontrolę umysłu. Nie ulega więc emocjom. Każdy jego ruch, każde słowo, czy gest będą precyzyjnie wymierzone i zmaksymalizowane pod kątem efektywności. Wyzwanie na pojedynek mnicha, to niczym zmierzenie się z bezdusznym komputerem, maszyną, cyborgiem. Mnich taką konfrontację potraktuje jako następną rozgrywkę szachów.

Mnich buddyjski nie dba o dobra materialne, ale ma także za nieistotne wszelkie wartości intelektualne. Jakakolwiek krytyka nie powinna go dotknąć, bo o nią nie dba. Nie zależy mu na opinii innych osób, bo jest dla niego nieistotna. Jeśli ktoś wyzwie mnicha na pojedynek, ten może śmiałka zignorować w swojej dobroduszności, może jednak wykorzystać okazję, by poćwiczyć na nim własne reakcje. Wówczas także przegrać nie może, bo ewentualna porażka będzie jego wygranym wzmocnieniem.

Wczoraj podczas medytacji usłyszałem szczekanie psa. Głos ujadania był jednak metaliczny, jakby dochodził z jednej z jaskiń. Pies najprawdopodobniej wpadł do rozpadliny i szczekaniem nawoływał o pomoc. Uczyniłem z owego szczekania podmiot medytacji. Czy powinienem odnaleźć czworonoga i próbować udzielić mu pomocy, czy go raczej zignorować? Poświęciłem rozważaniom kilka godzin, w trakcie których pies ciągle ujadał. Moja konkluzja była nietypowa.

W klasztorze jest kilkudziesięciu mnichów. Przez te kilka godzin nikt psu nie pomógł. Mamy w zakonie kilkaset psów, które dokarmiamy i którymi się opiekujemy, choć nie musimy. Naszym obowiązkiem jest nie czynienie krzywdy, a nie pomaganie każdemu w potrzebie. Pies ma własną karmę, więc jeśli ma zdechnąć w rozpadlinie, powinien zdechnąć. Odrodzić się może wówczas jako człowiek. Instynktownym, acz bezmyślnym odruchem, jest zorganizowanie pokazowej akcji ratunkowej. Mnie jednak los tego psa kompletnie nie interesuje. Wyciągnięcie go z dziury będzie oznaką słabości, nie siły.

Dzisiaj podczas medytacji już psa nie słyszałem. Może z braku wody nie ma już siły na szczekanie, może ktoś go jednak wyciągnął. Nadal jest to jednak bez żadnego dla mnie znaczenia.

Pisząc tego posta pragnę odrobinę uświadomić osobom świeckim, do jak wielkiej siły prowadzi praktyka buddyzmu. Odczuwamy szczęście i miłość, nie są one jednak w żaden sposób uwarunkowane. Poderżnięcie gardła królikowi w żaden sposób tego szczęścia nie zmąci. Jeśli tego nie robimy, to z szacunku dla istoty żywej, innego diamentu ukrytego pod płaszczem bezwartościowej skały. Jeśli postanowimy, że zderzenie z tą skałą pomoże i nam, i tej skale – nic nas nie powstrzyma.

Tutaj więc i moja refleksja.

Jeśli ktoś oczekuje po mnie jakichkolwiek reakcji, które przypisuje mnichom buddyjskim, może się zawieść. Uwielbiam szermierkę słowną oraz wszelkiego rodzaju pojedynki. Znajduję w nich wiele przyjemności, konfrontacje odkrywają przede mną nowe terytoria, poligony do doświadczeń. Lekcje Ajahna Brahma uświadomiły mi, że chęć zachowania o sobie dobrej opinii jest słabością, z którą powinienem się zmierzyć. Biada więc agresorowi, na którym postanowię praktykować :)

 



11-11-2017 schwalk
Komentowanie dozowolone wyłącznie dla zarejestrowanych użytkowników.
Reklama QP
Zareklamuj się u nas!
 
Teksty na zamówienie
Buddyjski symbol szczęścia